O skuteczności ostatnio piszę więcej niż o innych sprawach, ta bowiem jest w mojej opinii kluczowa dla każdego tematu, którym może się zajmować człowiek. Stąd kolejny wpis w temacie, a tym razem kilka wniosków z obserwacji pewnej bliskiej memu sercu nastolatki.

Ponieważ moje dzieci są wychowywane w atmosferze dość liberalnej i wolnej od prania mózgów, mogę więc z dużym prawdopodobieństwem stwierdzić, że to, co za chwilę przeczytasz jest naturalnym procesem, który dzieje się wtedy, gdy się rozwijającemu się młodzikowi przede wszystkim i po prostu nie przeszkadza.

Do nieprzeszkadzania dochodzi reglamentacja aktywności robiących kupę z mózgu, inkluding gry wideo, media społecznościowe i seriali. Kiedy nastolatek jest wystarczająco długo odcięty od PlayStation, samoistnie zaczyna sobie szukać zajęcia i warto mu lub jej na to pozwolić, oczywiście moderując co głupsze pomysły.

W ciągu swojego nastoletniego życia moja starsza pociecha pojeździła nieco po świecie, porozglądała się i wyciągnęła, tak jak potrafiła, swoje własne wnioski.

Że lepiej jest móc jeździć po świecie, niż siedzieć na dupie korzystając z uroków pory deszczowej w Polsce. Że będąc w obcym kraju lepiej jest móc się dogadać, niż robić durną minę próbując zamówić pizzę. Że lepiej jest jeździć fajną furą niż słabą furą.

I że do tego wszystkiego dość przydatna jest KASA w ilości przekraczającej podstawowe potrzeby życiowe.

Zaś do tego, żeby kasa się zgadzała oraz można było sobie pozwolić na fajny styl życia, przydają się umiejętności.

Że ludzie, którzy mają sukcesy i fajny styl życia, dość często mają też klasę, dobrze wyglądają, dobrze mówią, gadają w obcych językach i mają jeszcze sporo atrybutów swojego dobrostanu.

Jakiś czas trwało łączenie kropek, po czym, krótko po rozpoczęciu drugiej klasy gimnazjum:

  • chodzi na dodatkowe zajęcia z plastyki, które uwielbia;
  • ma dodatkowe zajęcia z matematyki (to akurat zasługa MatkiMoichDzieci, pilnującej, aby dać zaplecze pod ewentualne konstruktywne wykorzystanie umiejętności plastycznych;
  • jeździ konno;
  • chodzi na dodatkowe zajęcia z angielskiego, które odbywają się w knajpie w centrum Gdyni przy kawie i ciachu, bo logistycznie tak najlepiej pasuje, innymi słowy fajne towarzyskie spotkanie, zamiast nudnych korepetycji przy kuchennym stole;
  • chodzi regularnie pływać w basenie;
  • zajmuje się z dobrymi efektami najmłodszym bratem;
  • uczy się dodatkowo, poza szkołą, języka hiszpańskiego, który sama sobie wymyśliła, „bo pewnie będę jeździć do Hiszpanii, to się przyda”;
  • od niedawna przebąkuje, że przydałby się jej szwedzki, a w sumie rosyjski to też taki fajny język.
  • jest harcerką, a od niedawna zastępową z grupką tak zwanych “biszkoptów”

Z tego wszystkiego tylko angielski i matematyka zostały narzucone przez nas, cała reszta to jej własna inicjatywa.

Kurwa, jest bardziej zajęta, niż większość dorosłych!

I teraz do celów życiowych wracam. Czy latorośl ma jasno i detalicznie sprecyzowany cel, którego podobiznami okleja lodówkę? Nie ma i nie okleja. Za to z grubsza wie, czego w życiu nie chce, i z grubsza wie, co zamiast tego by wolała.

I nikt z nas nie ma jeszcze zielonego pojęcia kim ostatecznie młoda zostanie w dorosłym życiu. Ale przewiduję, że będzie w tym czasie zdrową, wysportowaną, energiczną osobą, znającą na dobrym poziomie kilka języków. Będzie też miała mnóstwo rozmaitych umiejętności. Jest zatem spora szansa, że CZYMKOLWIEK się ostatecznie nie zajmie, będzie skuteczniejsza, niż większość jej rówieśniczek robiących aktualnie durne miny na Instagramie.

Nie piszę tego wszystkiego wyłącznie dlatego, że przepełnia mnie ojcowska duma, dla wniosków, jakie z tego doświadczenia wyciągam, za przykład mogłaby posłużyć dowolna osoba.

A jakie to wnioski?

  • Robienie czegoś konstruktywnego dla poprawy jakości życia jest naturalną potrzebą, której warto nie przeszkadzać, gdy dochodzi do głosu.
  • Robienie czegoś konstruktywnego (rozwój umiejętności) warto uprawiać także wtedy, gdy celu końcowego brak lub gdy jest określony mgliście.
  • Kult celów rozumianych bardzo dosłownie nie działa. Znacznie lepiej działa codzienne uprawianie konstruktywnych działań w stronę celu rozumianego jako ogólny kierunek.
  • Umiejętności warto trenować, ponieważ gdy nadarzy się okazja, by ich użyć, jesteś gotowy. Jesteś też lepiej przygotowany do reakcji, kiedy gówno wpadnie w wentylator, co po prostu prędzej czy później się zdarzy.
  • Warto mieć cele, warto mieć wizję tego PO CO. Jednak więcej energii i zasobów warto poświęcać na PROCES, czyli to, co możesz DZISIAJ I CODZIENNIE, a co przybliża Cię do wizji. Innymi słowy, kluczowe jest pokrojenie odległego celu na stosunkowo niewielkie aktywności, podstawowe ruchy, które będą robione CODZIENNIE.

Z życzeniem skuteczności w tym, co jest ważne dla Ciebie,

Dariusz Młynarski

P.S. Wpis inspirowany jest własnym doświadczeniem oraz zawartością bloga ZenJaskiniowca.pl.

Produkty w koszyku